Play by forum role play game - modern western in hot Arizona.


You are not connected. Please login or register

Przyczepa Jacka Finna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down  Wiadomość [Strona 1 z 1]

1 Przyczepa Jacka Finna on Wto 13 Sty 2015, 11:48

Stojąca na betonowych bloczkach przyczepa może nie wydawać się idealnym miejscem do życia, jednak dobrze urządzona okazuje się całkiem wygodna. Ma wymiary 9x3 metry i jest wyposażona w kuchnię z aneksem jadalnym i salonikiem, łazienkę oraz sypialnię. Przyczepa ma ogrzewanie gazowe oraz gazowy podgrzewacz wody i jest podłączona do szamba.
Co jakiś czas można zobaczyć Jackiego stojącego przed przyczepią z papierosem w gębie i farbą w spray'u w ręce, który maluje nowe elementy, tworząc z przyczepy istne dzieło Pabla Picasso. Znaleźć tu można naprawdę wiele. Od przekleństw, do cytatów z biblii. Wzorki, symbole, niezrozumiałe zygzaki. Co tylko dusza zapragnie.

Wnętrze z kolei jest całkowitą odwrotnością tego, co widać z zewnątrz. Przechodząc przez chaos wkracza się do porządku.
Wszystko ma tutaj swoje miejsce, nie ma żadnych zbędnych rzeczy. Regularne sprzątanie sprawia, że miejsce to wygląda wyjątkowo dobrze. Cały sprzęt i meble, chociaż nie pierwszej jakości, to jednak zachowane są w dobrym stanie. Tak, by nikt nie bał się o życie siadając na krześle, lub nie musiał robić testu na kiłę, gdy jadł z talerza.
Na prowizorycznie zbitych półkach poukładana jest cała masa książek. To one zapewniają mężczyźnie rozrywkę, zamiast telewizora, którego tutaj brak. Przy łóżku postawiony jest niewielki stolik, a na nim lampka, która wydaje się być jedyną nową rzeczą w tym miejscu.
Warto też wspomnieć o dość pokaźnej kolekcji starych płyt winylowych. Póki co nie używanych, ale Jackie pracuje i nad tym, by znów móc ich słuchać całymi nocami.

Zobacz profil autora

2 Re: Przyczepa Jacka Finna on Nie 25 Sty 2015, 16:11

//

“Na nocnym niebie chmury się kłębią.
Noc mnie ogarnia, pieści swą głębią.
Podmuchy wiatru liśćmi targają,
Szeleszczą, huczą, zawodzą, grają...
Chłód mnie przenika do szpiku kości...
Ciemność rozgrzewa - kocham Ciemności…”


Miałem kiedyś sen, że obudziłem się i byłem wolny. Stałem w lesie, samotny, otoczony jedynie przez czarne drzewa, których nie było końca. Sam, pozbawiony wszelkich trosk, wszelkich problemów, kontaktu ze światem. Puste naczynie, którego nikt nie odważy się napełnić.
I wtedy to poczułem. Wszechogarniające mnie szczęście. Uczucie spełniania, mój życiowy cel został osiągnięty. Teraz pozostaje mi tylko błogi stan wyciszenia.
I wtedy to zobaczyłem. Widmo przeszłości. Jedyna skaza, która rujnuje mój idealny świat. Coś, co dawno już powinno przestać istnieć, nie chce, by o nim zapomniano.
Jedyna rana, która zawsze krwawi. Nieważne jak dobrze ją opatrzę.

Zegarek wskazywał godzinę dziesiątą piętnaście, gdy Jack otworzył oczy i ziewnął lekko, leżąc na kanapie. Poduszki porozrzucane były po całej kanapie, a kołdra znajdowała się na ziemi spory kawałek dalej. Mlasnął lekko i przeciągnął się jeszcze, zanim postanowił zebrać w sobie poranne siły i wstać, by doczłapać do łazienki. Spędził tam kolejne pół godziny, rozmyślając i doprowadzając się do porządku.
Lodówka, jajka, patelnia. Taki był plan na śniadanie. Problem jednak polegał na tym, że w lodówce zabrakło jajek. Zostały tylko dwa piwa i trochę sałaty, która co prawda wyglądała na zjadliwą, jednakże Jack postanowił nie kusić losu. Poza tym nie jest pieprzonym królikiem, aby jeść samą sałatę. Zabrał się zatem za piwo, zapalił także papierosa. Śniadanie mistrzów gotowe.
I ten uroczy poranek byłby niemal idealny, gdyby nie hałasy tuż przy jego przyczepie. Początkowo były to niewyraźne dźwięki, które można było sklasyfikować jako dziecięce. Stawały się one jednak coraz intensywniejsze i co za tym idzie, wyraźniejsze. Aż w końcu Jack mógł usłyszeć słowa w stylu “dawaj cykorze”, “debilu zostaw to”, “ja jebie, tera leć po gałę”. Nic wartego większej uwagi, póki Jack nie usłyszał znanego dźwięku przewracającego się motocyklu oraz krzyku “O kurwa!”.
I to mu wystarczyło. Momentalnie wyszedł z przyczepy i dostrzegł trójkę chłopaków, piłkę i swój motocykl na ziemi.
- Który? - zapytam nad wyraz spokojnym tonem, spoglądając na dzieciaki.
Początkowo żaden z nich nawet nie drgnął, w przerażeniu patrząc to na motor, to na Jacka. Dopiero gdy powtórzył swoje pytanie i zrobił krok naprzód, chłopcom wróciła zdolność ruchu i czym prędzej zaczęli uciekać w przeciwnym do Finna kierunku.
On sam westchnął lekko i zabrał się za ocenianie szkód.
- Nosz kurwa.. - rzekł patrząc na całkowicie zniszczone prawe lusterko.
Prócz tego dostrzegł też kilka rys, które powstały po otarciu o kamienie. Rzucił w myślach całą wiązankę, zdumiewając się potem, że w ogóle znał niektóre z wyrażeń, których użył, a potem złapał się pod boki. Rzucił jeszcze jedną kurwą i zaszedł do przyczepy obok.
- Już, juuuż. - rzekł facet o ochrypłym głosie, otwierając drzwi od przyczepy. - Ta? Potrzebujesz czegoś.
- Cześć. Jestem Jack, sąsiad - rzekł Finn, wskazując dłonią na swoją przyczepę. - Masz chwilę? Przydałaby mi się para rąk do pomocy.
- Ron. - odparł mężczyzna, i wyciągnął dłoń do uścisku. - W porządku, co trzeba zrobić?
- Dzieciaki przewróciły mój motor podczas zabawy. Sam nie dam rady go podnieść.
- Okej. Powinno pójść szybko. - Ron zamknął za sobą drzwi i obaj ruszyli w stronę maszyny Jacka.
- Na trzy. - rzucił Finn i zaczął odliczanie.
Z pomocą Rona, podnoszenie motocyklu poszło szybko i sprawnie. Czyli dokładnie tak, jak powinno być.
- No, noo.. - rzekł Ron przyglądając się motorowi.
- Tak, wiem. - odparł Jack. - Będę musiał podskoczyć z nim do warsztatu.
- Cholernie dzieciaki, co? - zaśmiał się mężczyzna, klepiąc Jacka w ramię.
Niezbyt mu to odpowiadało, no ale niech będzie. W końcu mu pomógł, więc Finn pozwolił mu się poklepać.
- Masz ochotę na piwo? - zapytał po chwili Ron. - Chodź, po robocie należy się nagroda.
Jack uśmiechnął się lekko, skinął głową i ruszył za Ronem, z powrotem do jego przyczepy.
Wyciągnęli z niej dwa, naprawdę wygodne krzesła, niewielki stoliczek i kilka piw. Rozłożyli się ładnie przed przyczepą, stuknęli się butelkami i odpoczynek po pracy, właśnie się zaczął.
- Więc… czym się zajmujesz Jack? - zagaił Ron, pociągając solidny łyk piwa.
- Pracuję w sklepie z bronią. - odparł i również wziął łyka.
- U Boba? No popatrz. Wpadnę kiedyś, może mi doradzisz czym sprawnie pozbędę się mojej byłej żony. - zaśmiał się Ron.
- Moją specjalnością są teściowe, ale myślę, że coś wymyślimy. - odparł Jack, powodując jeszcze większy śmiech u swojego sąsiada. - A co z tobą?
- Jeżdżę. Od punktu A do punktu B, przewożąc wszystko, co mi załadują. Dobra praca. Lubię ją, nieźle płacą.
- Ciągle na drodze, co?
- A żebyś wiedział. Tylko kilka dni odpoczynku. - skinął głowa Ron i sięgnął po następne piwo. - Nie zrozum mnie źle Jack. Kocham być w trasie, ruszać w daleką drogę, pustą szosą i mieć przed sobą tylko horyzont. Ale czasem potrzeba kilku dni, by sobie klapnąć tak jak teraz i po prostu nic nie robić, sączyć piwo i szamać średnio wypieczony stek.
- I jeszcze jakaś panienka do tego. - dodał Jack z uśmiechem.
- Ha! Dokładnie tak przyjacielu, dokładnie tak. - zaśmiał się. - Dużo wyniesie naprawa? - zapytał, głową wskazując na motocykl.
- Nie wiem. Lusterko jest całkowicie zniszczone, będę musiał kupić nowe. Poprawić lakier. Generalnie już dawno przydałby mu się przegląd. - zaczął wyliczać, w głowie sumując wszystkie wydatki.
- No cóż. Teraz masz już pretekst, by zrobić ten przegląd. - rzucił Ron, a Jack jedynie kiwnął na to głową.
- Ta, jednak wolałbym wydać kilkadziesiąt dolców, niż kilkaset. - zaśmiał się i wzniósł rękę z butelką ku górze. - Zdrowie.
- Zdrowie, bracie.

Późniejszym popołudniem, Jack został wyrwany ze świata książek, przez niezbyt pewne pukanie do drzwi jego przyczepy.
Gdy tylko je otworzył, zauważył jednego z chłopców, których miał przyjemność poznać rankiem.
- Dzi.. Dzień dobry? - zaczął dzieciak, patrząc na Finne spode łba. - Przyszłem przeprosić.
- Mhm.. - mruknął Jack, dając tym samym drogę wolną, na jego przeprosiny.
Chłopak z początku nie załapał, jednakże wystarczyła drobna wskazówka i już wiedział, co ma dalej robić.
- Noo, to ten. Bo to ja tak kopnąłem, że się pana motor przewrócił. Nie chciałem, przepraszam.
- Przynieś wiadro z wodą i dwie szmatki. - odparł Jack spokojnym tonem.
Dzieciak spojrzał na niego ze dziwieniem, ale zaraz skinął głową i nie minęło dziesięć minut, jak był z powrotem, z tym, co kazał mu przynieść Jack.
- Jak ci na imię? - zapytał dzieciaka.
- Andy. - odparł.
- Więc Andy… bierz się do mycia. - wskazał na motocykl, samemu wracając do środka swojej przyczepy. Usiadł sobie przy oknie, by móc co jakiś czas zerkać na chłopaka.
Tamten jednak pokiwał głową i szybko zabrał się do szorowania maszyny Finna. Przyłożył się do tego, gdyż dopiero po godzinie zapukał ponownie i wszedł do przyczepy.
- Skończone. - oznajmił i ściągnął brwi, widząc Jacka z książką. - Co pan czyta? - zapytał.
- Poezję. - odparł Jack, odkładając książkę na stół.
- A… um.. przeczyta mi pan coś?
- Sam sobie przeczytaj. - rzucił Finn, pchając lekko książkę w stronę chłopaka.
Ten spojrzał na nią z lekkim przerażeniem w oczach. Gapił się na nią przez dłuższą chwilę, aż w końcu sam Jack przekrzywił lekko głowę, patrząc na Andy’ego.
- No dalej, przecież cie nie zje. - rzekł w końcu. - Czytaj.
- N..Nie.. - zaczął się jąkać się Andy.
- No dalej.
- Nie trzeba.
- No czytaj. - napierał na chłopaka, widząc, że ten coraz bardziej się czerwieni.
Podobna wymiana zdań trwała jeszcze przez chwilę, acz w końcu chłopak nie wytrzymał.
- Nie umiem czytać dobra! - wrzasnął, robiąc przy tym jeden krok do przodu. Zaraz jednak zreflektował się co zrobił, znów się zaczerwienił i cofnął.
Jack patrzył na niego przez chwilę, po czym odsunął od stołu krzesło nogą tak, by chłopak na nim usiał i sięgnął po książkę leżącą na stole.
- To tomik poezji Emily Brontë. Tej samej, która napisała Wichrowe Wzgórz… - przerwał, gdyż dał sobie sprawę, że chłopak pewnie i tak nie ma pojęcia o czym opowiada.
Zamiast tego odkaszlnął lekko, przewertował kilka stron, raz jeszcze spojrzał na chłopaka, a potem zaczął czytać.

Wokół mnie trwa noc pociemniała,
Dzikie wiatry owiewają chłodem,
Lecz mnie moc zaklęcia związała
I nie mogę odejść, nie mogę.

Pod śniegiem drzewa-olbrzymy
Pochylają gałęzie nad drogę,
Szybkiej burzy nic nie zatrzyma,
A jednak odejść nie mogę.

Chmura za chmurą nade mną,
Pustkowie za pustkowiem spodem.
Nie poruszy mnie straszliwa ciemność,
Nie chcę odejść, odejść nie mogę.


Przez kilka następnych godzin, Jack czytał i odpowiadał na pytania chłopaka. W końcu tamten jednak musiał wracać do domu. Raz jeszcze przeprosił za szkody, które wyrządził.
- Proszę pana? - zagaił jeszcze, zanim opuścił przyczepę.
- Mów mi Jack. - odparł Finn. - Co chcesz?
- Będę mógł jeszcze przyjść posłuchać książek?
- Jasne. - rzekł po dłuższej chwili ciszy. “Posłuchać książek”, uśmiechnął się w duchu.
Chłopak za to wyszczerzył się normalnie i z tą wesołą miną wybiegł z przyczepy.
Jack jeszcze przez chwilę patrzył jak Andy biegnie w stronę domu, po czym westchnął lekko. Dziwny dzień. Być może warto wyjść na wieczór i strzelić sobie kilka głębszych?

/zt.

Zobacz profil autora

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry  Wiadomość [Strona 1 z 1]

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach