Play by forum role play game - modern western in hot Arizona.


You are not connected. Please login or register

Dom Williama Parkera - obecnie: Consueli Ramirez

Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5 ... 22 ... 40  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down  Wiadomość [Strona 4 z 40]

First topic message reminder :

Dom jest niewielki, wybudowany z gotowych materiałów. Ściany są wypełnione gąbką lub styropianem, nie ma tu mowy o porządnej izolacji. Dach często przecieka, w czasie upałów wewnątrz nie da się wytrzymać a klimatyzacja działa wątpliwie. Podczas chłodniejszych dni robi się naprawdę zimno i trzeba ratować się piecykiem elektrycznym.
Budynek ma tylko jedno piętro. Wewnątrz znajduje się kuchnia i łazienka oraz dwa średniej wielkości pokoje. Dom jest pomalowany na piaskowy kolor.
Na podwórku znajduje się podjazd.
+ później będzie dodatkowy opis
Od 28.05.2013 dom jest własnością Consueli Ramirez.

Zobacz profil autora

- Myślisz, że jest taka twarda? Pewnie masz rację.- kiwnęła głową. Will zazwyczaj dosyć celnie oceniał innych ludzi w przeciwieństwie do niej. Czasami było to frustrujące ale z upływem lat nauczyła się w pewnym stopniu polegać na jego opinii. Dlatego też, kiedy stwierdził, że nie powinna się spoufalać z Cath wiedziała, że chodzi mu o coś więcej niż zwykłe ostrzeżenie. Zastukała palcami po stole jakby coś jej chodziło po głowie Inie dawało spokoju.
- Myślisz, że powinnam sprawdzić dokładniej jej dokumentację? W sumie na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza ale jeżeli sugerujesz to co myślę, to chyba powinnam wszystko bardziej uważnie i dokładnie sprawdzić. Wydawane leki, recepty czy nie ma fikcyjnych pacjentów?- spojrzała na Willa ciekawa co on o tym sądzi. Z drugiej strony kto by podejrzewał, że to blond niewiniątko w coś się wpakuje.
- Jak to nie przyniesie skutku to słowo honoru nie pozwolę mu spać na mojej wolnej poduszce w sypialni.- Zaraz podniosła ręce do góry jakby chciała uprzedzić następne słowa Williama.- Tak wiem, nie powinnam mu pozwolić bo ma swoje legowisko ale ten skurczybyk tak miauczy pod drzwiami, że nie mam sumienia. I tak wiem jestem za miękka.- uśmiechnęła się szelmowsko do mężczyzny, kiedy tak żartowała sama z siebie. W sumie chyba kiedyś Brutus i tak się będzie musiał wynieść z jej łóżka ale kto wie czy to kiedykolwiek nastąpi. Alex znowu się nie odzywał i pomyślała, ze chyba żałował swojej impulsywnej deklaracji. No ale teraz nie będzie o nim myśleć.
- Osz ty.- zmrużyła lekko oczy a potem o mało co Williamowi języka nie pokazała. Statecznej pani doktor jednak nie wypadało, więc zamiast tego zdjęła te buty i w tym samym momencie na jej twarzy pojawił się wyraz ulgi.- Sama nie wiem dlaczego się tak katuję.- poruszała palcami stóp by przywrócić w nich krążenie. W sumie to by się im przydał mały masażyk.



Zobacz profil autora
William może nie był tego świadomy. Gdyby był to pewnie niesamowicie ucieszyłby się z faktu, że Beth niekiedy polega na jego opinii, jeśli chodzi o ludzi. Parker co prawda był obserwatorem, ale wnioski były jego i mężczyzna nigdy nikogo nie nakłaniał do tego, by myślał tak samo jak on. A to, że byli tacy, co na nim polegali - nic, tylko się cieszyć, prawda?
- Jeśli wolisz, to byłoby w sumie dobre - stwierdził po chwili zastanowienia. - Jakbyś mogła, to potem mi napisz czy dowiedziałaś się czegoś, czego nie miałaś się dowiedzieć - poprosił.
Beth miała szczęście, że uprzedziła gestem słowa księgowego. Wtedy to się powstrzymał od kolejnych komentarzy, bo wiedział, że nie ma szans na to, aby mówić o tym, jak źle robi z tym kotem, że powinna inaczej go traktować. No ale Will nic więcej od siebie nie dodał.
I żeby nie przedłużać - rozmawiali sobie jeszcze długi, długi czas, a potem każde poszło w swoją stronę, o!

/zt

Zobacz profil autora
/ 9 IV, początek, po wszystkim

William był naprawdę zadowolony z licytacji. Kto by nie był, skoro nagle w futerale po starym instrumencie znajduje 30 tysięcy dolarów? Bądź co bądź pieniądze swoje robią, a że Parker był księgowym, pewnie nawet dalekim, pobocznym i z pamięci genów, krewnym fikcyjnego Scrooge'a, to trochę tej okropnej cechy materialisty w sobie ma.
Wszystkie walizki w końcu przewiózł do swojego domu, przejrzał zawartość. I tak pewnie raz czy dwa będzie musiał zajechać do swojego magazynu.
Niemniej - zaczął rozpakowywać te woluminy i papierzyska. Może znajdzie coś ciekawego, może odgadnie, kim był ten J.W.?

Zobacz profil autora
Mnożnik na spostrzegawczość, próg 40. Jeśli przekroczysz, znajdujesz w papierach jakąś kopertę z listem...
Jeśli nie, znajdujesz same śmieci. Jak na razie.

Zobacz profil autora
4 (41)

Parker przekładał papiery aż w końcu natrafił na list. Pewnie w pierwszej chwili pomyślał, że nie wypadałoby otwierać, bo to nie było adresowane do niego (takie zasady etyczne i inne, bardziej lub mniej bzdurne), ale stwierdził, że skoro magazyn jest jego, zawartość jego, to i list jako swój może potraktować, a więc otworzył, by zaraz zobaczyć i przeczytać zawartość.

Zobacz profil autora
Do Tobiasa i Emmy, moich wnuków,

gdy to czytacie, to znaczy, że mnie już nie ma na tym świecie. Zapewne nawet się nie pożegnałem, a wy myślicie, że was zostawiłem samych sobie. Może i tak było. Może nawet śmieje się z was, widząc jakie błędy popełniacie. Ha, może i sam ich wam narobiłem. Tak, myślcie tak, bo pewnie macie racje.

Nie chce byście jednak do końca żyli tylko z takim obrazem swego starego dziadka. Nie chcę, byście widzieli mnie jako starego pijaka, któremu odbiło na stare lata. Pamiętajcie mnie jako starego wariata, który był z Was dumny.

Gdy mnie nie ma, to ty Naiche bierzesz odpowiedzialność za Duszki i za to by Emma się nauczyła, co to znaczy być wojownikiem. Nie słuchaj zapijaczonego ojca, wiedz, że moje słowa (chociaż tak samo pijane) mają w sobie więcej prawy. Jesteście potomkami wojowników, do litość boską! I o tym nie możecie zapomnieć!

Ukarzę was po śmierci, jeśli stchórzycie. Nie chcę mieć w rodzinie tchórzy, którzy wiele mówią i mało robią!

Weźcie wszystkie moje oszczędności, weźcie dom i samochód, broń, którą wam zastawiłem. Naiche, zrób ze swej siostry Whiteoak'a, Emmo – pilnuj brata.




Jacob

Zobacz profil autora
W trakcie czytania treści listu, William od razu wywnioskował, kto go napisał. Właściwie całkiem niedawno przecież mężczyzna zginął. Cóż, może się spodziewał tego? W końcu księgowy trafił na osoby, które mogły uznać siebie za jasnowidza czy choler wie kogo jeszcze.
Przez moment musiał zastanowić się, o jakie duszki chodzi, bo jednak Parker to Parker - nie interesował się zbytnio Indianami i ich życiem.
Schował list do koperty, którą zaraz odłożył na bok. Może znajdzie jeszcze coś lepszego, bardziej interesującego? Coś przydatnego (nawet jeśli nie miałoby być przydatne jemu)?

Zobacz profil autora
Mnożnik na spostrzegawczość, próg 4. Jeśli przekroczysz, znajdujesz stary kalendarz Jacoba z roku 1996.

Zobacz profil autora
2 (31)

Świetny próg! William pogrzebał, pogrzebał i znalazł kalendarz z '96. To zainteresowany zaczął go przekartkowywać, może jakieś większe czy mniejsze informacje znajdzie?

Zobacz profil autora
Mnożnik na spostrzegawczość, próg 40. Jeśli przekroczysz, znajdujesz notatkę z Nazwiskiem Smitha i jakiś adres w Appaloosa. Obok tego napis "10 000$".
Jeśli nie, nie widzisz nic istotnego.

Zobacz profil autora
6 (51)

William powoli przekartkowywał. Urodziny, imieniny, spotkanie grupy, rezerwat pewnie... informacje, które nie należały do aż tak istotnych. Dopiero po kilku minutach Parker trafił na coś istotnego.
To akurat była ciekawa informacja! Co prawda, z roku 1996, więc nie miał nawet pewności czy czasem jest to z tamtego roku, czy jeszcze aktualne. Niektórzy lubili tak notować, bo w końcu trzeba było się pilnować.
Will próbował doczytać adres (może z ciekawości się wybierze?). Jeśli nie było szans, kartkował dalej lub wziął się za dalsze grzebanie w papierach.

Zobacz profil autora
Jenseen Street 56,
Old Circle, Appaloosa City

W reszcie papierów Will nie znalazł nic istotnego... jedyna ciekawą rzeczą było zdjęcie młodej Indianki, ubranej w stylu późnych lat 50. Stała przy starym lokalu Campbell's Burgers. Drugie zdjęcie przedstawiało te sama kobietę, w tym samym miejscu, ale stojąca z młodym Indianinem i jakimś czarnoskórym mężczyzną.
Zdjęcie było podpisane; J., Eddie, Rose.

Zobacz profil autora
Księgowy, jako osoba ciekawska, zapisał adres z kalendarza w telefonie, który zaraz odłożył na bok. Nie na długo, bo go tknęło i wiadomość tekstową posłał do Niecierpliwej Cruelli.
Spojrzał jeszcze na zdjęcie, przymarszczając nieznacznie brwi, jakby starał się skojarzyć, kim są osoby na fotografii. Przełożył na drugą stronę fotografię, ażeby zobaczyć podpis.
Stwierdził, że co mu szkodzi - może się wybrać na niedługą wycieczkę. Możliwe, że nawet wziął ze sobą te fotografie, jak i list i pewnie schował do kieszeni, kierując się do wyjścia.

w założeniu warsztat, bo po samochód trzeba było się wybrać; Dom Ramirez ->

Zobacz profil autora
/ 13 IV 2013 r., noc, z FC

Gdy tylko William zatrzymał motocykl pod swoim domem, odechciało mu się wstawać. Odrobinę był obolały, aczkolwiek spożyty alkohol i wzięte wcześniej tabletki sprawiały, że Parker czuł się znieczulony. Po upływie kilku minut, może niecałych pięciu albo o dwie więcej, zebrał się w sobie i wszedł do środka. Najpierw przygotował sobie kawę, na rozbudzenie i żeby nie mieć kaca na drugi dzień. I w czasie, kiedy ekspres ją przygotowywał, księgowy ruszył do łazienki, by tam doprowadzić się do porządku. Sińce pod oczami, zatarcie na szczęce, opuchnięty nos. Przynajmniej tyle mógł wywnioskować z tego wszystkiego.
Gdy się ogarnął, przebrał się w dres i w drodze po kawę i popielniczkę, włączył sobie radio! Oczywiście, nie był świadomy tego, że zaraz usłyszy coś nowego, a ponadto - co się działo na imprezie Świętych. Pewnie gdyby się dowiedział, że przyjaciele zostali przymknięci w areszcie to ruszyłby do biura, aby wpłacić kaucję.
Tak czy siak, Will padł na stary, jednak niezawodny fotel, zarzucając nogi na podnóżek. Zimny okład przyłożył sobie na kark, a i kostki lodu owinięte ręcznikiem do nosa. Z takim ciężarem palił sobie papierosa.
Dopiero gdy w radiu zapadła chwilowa cisza, Will skupił swoje spojrzenie na urządzeniu zastanawiając się, o co tu kurwa chodzi. Po chwili jednak wszystko stało się w miarę jasne i księgowy sięgnął po swój telefon, włączając w nim dyktafon; komórkę położył nieopodal sprzętu, by jak najlepiej nagrać doznania ich laleczki z Curwoodem. (Zamiast kolejnych utworów Bon Jovi, radio OWWWR zapodało dźwięki niczym z węgierskiego pornola. W rolach głównych DJ Billy i Jane!)
- Pięknie - skwitował, słuchając tego bez jakiegoś podniecenia, bo to jednak Parker. Nikt nie wie, co jest z nim nie tak.
Odczekał aż te ekscesy się skończą i wtedy wyłączył dyktafon. Pewnie sprawdził nagranie w komórce raz jeszcze, zapisując je; może ewentualnie zgrał je na laptopa, bo jednak był przezorny i mógł przewidzieć, że ktoś będzie chciał usunąć albo telefon zawiedzie.
Chyba sobie porozmawia z Baby na dniach.
Tak czy siak, księgowy po jakichś dwóch godzinach bezczynnego leżenia i powstrzymywania dalszego "rozrostu" sińców stwierdził, że ręka mu ścierpła, okład już nie jest taki zimny, kawa się skończyła. I mimo że chciał wziąć się za pracę to stwierdził, że przełoży to na następny dzień i legł się w łóżku z wygodą.
Długo mu nie zajęło zaśnięcie!

*

A) Praca
Gdy William obudził się rano i ogarnął, czuł się znacznie lepiej. Może nie perfekcyjnie, aczkolwiek na tyle, by móc popracować chwilę. Zatem mężczyzna przygotował sobie wszystko: księgi, notatki i notatnik, laptop, kalkulator. Zaczął najpierw porządkować rachunki poszczególnych firm czy osób, układając je chronologicznie od najstarszej zapłaty. Każdy ułożony ze sobą stos faktur zaczął podliczać, zapisując przy tym ilość rachunków, wartość oraz ewentualne odstępstwo podatkowe, jakie mogło zaistnieć. Księgowy podliczył, rozliczył i z taką notatką, której treść wprowadził do odpowiednich plików na swoim laptopie, zszył te rachunki, aby potem móc je przygotować i oddać klientowi. Po tej rutynowej robótce wziął się za kolejne uzupełnianie ksiąg, przepisywanie ich oraz znaczenie poszczególnych punktów, rozdzielając wstępy na bilans i odpowiednie kategorie; wypisywał wartości, te wieńcząc sumą na dole strony i podpisem czy też pieczątką, jako że miał takie uprawnienia. Albo sobie przywłaszczył, też możliwe. Praca nie należała do najciekawszych, zwłaszcza, że po jakimś czasie liczenia w jednej z ksiąg doszukał się błędu i musiał spędzić kolejną godzinę na znalezienie go i wprowadzenie korekty, którą musiał także zaznaczyć na papierze.
Kiedy skończył swoją pracę, mógł odpocząć.

B) SUDOKU, a co
Po odpoczynku stwierdził, że jego umysł nie jest zaspokojony liczbami, więc po spaleniu papierosa, William zgarnął sobie książkę, która na każdej stronie miała sudoku z podziałem na poziomy trudności i ilość ramek, jakich przybywało. Co prawda, dla większości nie jest to czymś uspakajającym, a prędzej denerwującym, choć to ostatnie niemalże nigdy nie spotkało Parkera, który dalej sobie wypisywał cyfry. Upewniał się, że nie powtarzają się w rzędzie, w kolumnie, w kwadraciku i cały ciąg cyfr jest uwzględniony w pionie czy też w poziomie. Był z tego zadowolony. Tym bardziej, że zrobił około sześć takich posunięć. Potem stwierdził, że ma dość.

I inne rzeczy do roboty...

/zt

Zobacz profil autora
<- Main St.

Przez ten czas, gdy kierowali się do domu Williama, pewnie wymienili jakieś nieznaczne, mające mało znaczenia uwagi. W końcu jednak dotarli do niewielkiego domku Parkera, jaki w końcu mógłby zostać poddany remontom albo wymianie na lepszy (hehe) model. Mógł sobie przecież pozwolić.
- Może ty coś znajdziesz ciekawszego - stwierdził, przekręcając kluczyk w zamku i otwierając drzwi przed kobietą. - Nie musisz ściągać butów, nie sprzątałem - dodał zaraz.
Pewnie mogło to zastanowić Liluye, ale gdy tylko weszła do środka to mogła zauważyć porządek; nieco pedantyczny, przesadny dla co poniektórych. Stonowana kolorystyka, wszystko poukładane odpowiednio. Brak zdjęć na komodach, może jedno, odosobnione. Obrazy ograniczały się tylko do panoramy jakiegoś miasta, ale tak - istniał porządek, a może i wyczuwalny był zapach papierosów, jednakże Liluye także mogła poczuć chłód na swojej skórze, więc wiadomo, że Will wietrzył, o.
- Chcesz się czegoś napić? - spytał, zamykając za sobą drzwi. Kultura totalna.

Zobacz profil autora
- Mam nadzieje - uśmiechnęła się lekko, bbo to prawda. Może się okazać, że jest tam coś ważnego. Niekoniecznie niesamowitego, po prostu ważnego dla historii czy kultury. Nie spodziewała się znaleźć tam kupy pieniędzy (bo ktoś ją uprzedził). Weszła do środka i gdy powiedział, że nie sprzątał spodziewała się syfu, jaki generował za sobą Loco. Ale nie. Ściągnęła buty mimo jego protestów i poszła za Willem w głąb domu.
- Herbata może być, albo coś zimnego. Ale nie gazowanego.. - zamilkła. - Przepraszam, wymyślam. Cokolwiek.




KP Liluye



Funny you're the broken one
but I'm the only one who needed saving
Cause when you never see the lights
it's hard to know which one of us is caving
Zobacz profil autora
Skinął na jej słowa, samemu też pewnie ściągając buty, a kurtkę odwieszając tuż obok. Przekazał Liluye, że niech się rozgości, sam zaś skierował się do części kuchennej wstawiając wodę na herbatę i kawę dla nich. Przy tym także wyciągnął szklankę i butelkę zimnej wody, której zawartość przelał do szkła, by te zaraz zanieść do Liluye.
Indianka mogła usłyszeć, jak William odpala w tej kuchni papierosa, otwierając od razu okno. Bądź co bądź, uzależniony był, więc musiała mu to wybaczyć! Autorka napisałaby, że nie ma o co się martwić, bo ciężarna już nie jest, ale nie będziemy chamscy, no nie?
Po jakichś siedmiu minutach Will w końcu pojawił się, stawiając kubek z herbatą na podstawce przed Liluye, a drugi nieopodal siebie.
- Zaraz wracam - powiedział, znikając w pomieszczeniu, które robiło za sypialnię. Stamtąd wrócił już z kartonem, więc długo nie musiała czekać. Karton postawił na podłodze i jeszcze podszedł do kurtki, z niej wyciągając jakieś zdjęcie, które podał dziewczynie.
- Wnioskuję, że to jakieś rodzinne było...

Zobacz profil autora
Usiadła na tyłku, szurajac skarpetkami po podłodze. Wypiła wodę i podziękowała za nią, odstawiajac pustą szklankę na stolik. Rozejrzała się po pomieszczeniu, ale nie chciało jej się wstawać. W zasadzie chętnie by się godzinkę przespała, ale to nie wchodziło w grę. Potarla oczy i w końcu wrócił Will.
Przysunęła sobie herbatę i skinęła glową. Wrócił i Lil usiadła na podłodze koło kartona, zagłębiając sie w niego, choć nie na długo. Spojrzała na zdjęcie i zmarszczyła brwi. Odlożyła je na bok.
- Dziękuję - znów zanurkowala w karton, wyciągając wszystko na zewnatrz.
- Super.. nie mam pojęcia czy się przyda.. to znaczy przyda się na pewno, nie wiem na ile. Mogę to zabrać? - podniosła wzrok na Willa. Oczy jej się śmiały jak dziecku przed świętami.




KP Liluye



Funny you're the broken one
but I'm the only one who needed saving
Cause when you never see the lights
it's hard to know which one of us is caving
Zobacz profil autora
Prawdę mówiąc to William nie spodziewał się, że zobaczy u Liluye taką radość po przyniesieniu kartonu z rzeczami, które przynajmniej dla niego, nie były wartościowe. Może jakaś figurka, papier był ładny, aczkolwiek reszta nie wydawała się być interesująca. Wiadomo, Will nie był Indianinem, więc to nie świadczyło o jego kulturze, stąd też takie podejście księgowego.
Na szczęście zatrzymał sobie ten kalendarz oraz futerał po trąbce, który znajdywał się w sypialni. Narzędzia sobie zostawił.
- Możesz wziąć. I tak wątpię, by ktoś tymi figurkami się zainteresował - powiedział to tak, by nie urazić, wskazując na te przedmioty, które miały jakąś wartość. Napił się kawy i uśmiechnął do ciemnowłosej, widząc jej uradowane spojrzenie.
- Ach, jeszcze to. To było chyba do tego Naiche - mruknął, sięgając po kopertę z listem, którą zaraz wręczył kobiecie.
treść:
Do Tobiasa i Emmy, moich wnuków,

gdy to czytacie, to znaczy, że mnie już nie ma na tym świecie. Zapewne nawet się nie pożegnałem, a wy myślicie, że was zostawiłem samych sobie. Może i tak było. Może nawet śmieje się z was, widząc jakie błędy popełniacie. Ha, może i sam ich wam narobiłem. Tak, myślcie tak, bo pewnie macie racje.

Nie chce byście jednak do końca żyli tylko z takim obrazem swego starego dziadka. Nie chcę, byście widzieli mnie jako starego pijaka, któremu odbiło na stare lata. Pamiętajcie mnie jako starego wariata, który był z Was dumny.

Gdy mnie nie ma, to ty Naiche bierzesz odpowiedzialność za Duszki i za to by Emma się nauczyła, co to znaczy być wojownikiem. Nie słuchaj zapijaczonego ojca, wiedz, że moje słowa (chociaż tak samo pijane) mają w sobie więcej prawy. Jesteście potomkami wojowników, do litość boską! I o tym nie możecie zapomnieć!

Ukarzę was po śmierci, jeśli stchórzycie. Nie chcę mieć w rodzinie tchórzy, którzy wiele mówią i mało robią!

Weźcie wszystkie moje oszczędności, weźcie dom i samochód, broń, którą wam zastawiłem. Naiche, zrób ze swej siostry Whiteoak'a, Emmo – pilnuj brata.

Jacob
- Te figurki coś przedstawiają? - wskazał na te, których podstawa była z inicjałami J.W..

Zobacz profil autora
No, pojawilo się coś, co jej poprawiło humor, przynajmniej na jakiś czas.
- Dziękuję - wrocila do oglądania figurek ale gdy dostała w ręce list zagłębiła się w nim. Potem, gdy Will zadal jej pytanie podniosła wzrok na mężczyzne.
- Słucham? - otrzasneła się, zerkajac jeszcze na list - A.. to.. tak i nie. To znaczy są nowe, ale ważne. Warte zachowania. Cieszę się, że jeszcze ich nie wyrzuciłeś - zerkała na list marszcząc brwi, w końcu złożyła go i wsadziła sobie w portfel, siegajac po torebke.
Co jeszcze było w kartonie?




KP Liluye



Funny you're the broken one
but I'm the only one who needed saving
Cause when you never see the lights
it's hard to know which one of us is caving
Zobacz profil autora
Gdyby Will był złośliwy to zwróciłby jej uwagę, że chowa list do torebki, ale na co mu to wszystko? Nie przyda się do niczego, kompletnie. A to, co było mu potrzebne, to miał już odłożone na bok jakiś czas temu.
Parker wyciągnął starą gitarę, bez strun i też książki.
- Wątpię, żeby było tutaj coś ważniejszego, wartościowego. Może dla tego, twojego przyjaciela prędzej - mruknął, wskazując na papierzyska i jakieś książki. - Przydadzą mu się? - zapytał, choć nie spojrzał na Liluye, skupiając wzrok na figurce z mosiądzu.

Zobacz profil autora
- No dobrze.. to ja to wszystko.. mogę zabrać, tak? - spojrzała na Willa, a potem na figurkę na którą patrzył. - Papiery i rzeźby.. tak? Czy coś z tego sobie zosatawiasz?




KP Liluye



Funny you're the broken one
but I'm the only one who needed saving
Cause when you never see the lights
it's hard to know which one of us is caving
Zobacz profil autora
- Ewentualnie zostawię sobie tę figurkę - stwierdził i pomachał przedmiotem, który trzymał w ręce, by zaraz odłożyć go na bok. - Jak mówiłem, z tego raczej nic mi się nie przyda, a widzę, że bardziej ogarniasz, co to może być i o czym - uśmiechnął się półgębkiem.
Sięgnął jednak do kartonu, wyciągając z niego jedną książkę. Nie ma to znaczenia, jaki tytuł i o czym.
- Ewentualnie to sobie jeszcze zostawię - dodał.
Przyglądał się przez moment Liluye.
- Pomogę ci to zanieść - stwierdził niemalże od razu. - I gdybyś nie mówiła Naiche od kogo to masz, byłoby lepiej. Nie musi wiedzieć - dodał. Sam nie wiedział, dlaczego nie chciał, by kolega Lilu wiedział, kto był w posiadaniu tych rzeczy.

Zobacz profil autora
Pokiwała głową, chociaż wolałaby wszystkie rzeźby ze sobą zabrać. No ale przecież nie ukradnie mu tego, a i tak może się cieszyć, że w ogóle jej o tym powiedział i pokazał.
- Pomożesz? - ucieszyła się i znów nawet uśmiechnęła. Chwilowo jej humor był w apogeum jej możliwości z ostatnich miesięcy.
- Świetnie - w końcu z domu parkera na obrzeża był kawałek i to calkiem spory.
- No... jak uważasz - zmarszczyła brwi, chowajac wszystko do kartonów. Zaciekawiło ją dlaczego, ale nie dopytywała.




KP Liluye



Funny you're the broken one
but I'm the only one who needed saving
Cause when you never see the lights
it's hard to know which one of us is caving
Zobacz profil autora
Cóż, zawsze może go namówić! Raczej nie wydawał się przywiązany do tego wszystkiego.
- Jasne, do najlżejszych to nie należy - już oszczędził sobie komentarzy, że pewnie gdyby uniosła karton to wywaliłaby się razem z nim i przydzwoniła głową w kant stało. Czarnowidztwo zostawmy na kiedy indziej.
- Po prostu nie widzę potrzeby, żeby wiedział - przyznał. Sam nie miał pojęcia czy tłumaczy się przed nią, czy przed samą sobą.
- A jak z Connorem? - spytał na tyle delikatnie, że gdyby Liluye nie chciała odpowiadać, nie naciskałby; nigdy tego nie robił.

Zobacz profil autora

Sponsored content


Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry  Wiadomość [Strona 4 z 40]

Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5 ... 22 ... 40  Next

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach