Play by forum role play game - modern western in hot Arizona.


You are not connected. Please login or register

Szpital Psychiatryczny im. Beatrice O'Dwyer

Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down  Wiadomość [Strona 7 z 7]

First topic message reminder :

Średniej wielkości budynek, odgrodzony od reszty miasta wysoką siatką. Przed budynkiem znajduje się spacerniak, na który wstęp mają pacjenci tylko pod opieką i za zgodą lekarza. W środku znajdują się hol i recepcja, pokoje dla pacjentów, stołówka i pomieszczenia dla personelu.

Zobacz profil autora

151 Re: Szpital Psychiatryczny im. Beatrice O'Dwyer on Pią 10 Paź 2014, 13:33

Westchnęła ciężko, znacząco.
- Więc chyba będę musiała mu pomóc. - pokręciła głową i sama też sie rozejrzała. Koniec odwiedzin! ZNów westchnęła, podniosła wzrok na Cath i uśmiehcnęła się lekko, po raz pierwszy w czasie ich spotkania.
- Dziekuję, że przyszłaś.




KP Liluye



Funny you're the broken one
but I'm the only one who needed saving
Cause when you never see the lights
it's hard to know which one of us is caving
Zobacz profil autora

152 Re: Szpital Psychiatryczny im. Beatrice O'Dwyer on Pią 10 Paź 2014, 13:43

Uśmiechnęła się lekko i Liluye nie mogła odgadnąć czy jest to zmuszone czy mimowolne. Tak, czy inaczej blondynka wstała i zabrała torbę. Skinęła głową do Liluye i wyszła z sali odwiedzin poprowadzona przez przystojnego ochroniarza, do którego musiała uśmiechnąć się zalotnie, bo nie byłaby sobą. Gdy stanęła na zewnątrz, zastanowiła się co dalej.

zt



Zobacz profil autora
Liluye dzisiaj opuszcza zakład psychiatryczny. Wyniki obserwacji zostaną wysłane pocztą już wkrótce.

Zobacz profil autora
-> Arizona Drive

Podjechał służbowym samochodem prosto pod Szpital, wysiadł zamknął go. Wszedł do szpitala i czekał w recepcji aż Liluye wyjdzie, nie było powodu, aby ją popędzać czy coś, albo pytać kogokolwiek. Miała dzisiaj wyjść to pewnie zaraz się pojawi. Czekał.

Zobacz profil autora
Pewnie poczekał piętnaście minut, niby umówili się na konkretną godzinę, a jednak wszystko się trochę przedłużyło. W końcu wyszła i rozejrzała się za Loco, w pierwszej chwili nie poznając służbowego pick-upa. Potem uśmiechnęła się i ruszyła z torbą w jego stronę.




KP Liluye



Funny you're the broken one
but I'm the only one who needed saving
Cause when you never see the lights
it's hard to know which one of us is caving
Zobacz profil autora
Liluye zmierzała właśnie do samochodu, gdy usłyszała wołanie Eda. Gdy się odwróciła w stronę głównego wyjścia, mogła zobaczy chłopaka, jak wybiega ze szpitala. Za nim szła pielęgniarka i... cała reszta pacjentów z piętra Liluye. 
Ed niósł tort z wielkim lukrowanym napisem "Wszysktiego dobrego"; Wesoła Monika zrobiła laurkę z rysunkiem przedstawiającym sama Liluye, dr Boom przyniósł muffinki z żurawiną (nowe, nie te co pokradł), stary Arthur podarował Liluye bransoletkę przyjaźni zrobioną z muliny, a Matilda wyrecytowała... wierszyk, który zakończyła słowami:
- I obyś tu nie wróciła, tylko cieszyła się domem.

Zobacz profil autora
Eastman spojrzał na wychodzącą Liluye, już chciał do niej podejść, ale zobaczył, że ktoś ją woła ze szpitala a zaraz potem przychodzą z tortem, mufinkami i innymi prezentami. Connor postanowił poczekać aż Indianka się się pożegna z pacjentami i personelem szpitala. Lekko się uśmiechnął na ten widok.

Zobacz profil autora
Dała sobie zawiązać bransoletkę na ręce, wzieła laurkę i wysłuchała w ierszyka. Nie spodziewała się, że to Matilda coś takiego powie, ale.. kto wie co tam w ludziach siedzi. Szczególnie tutaj.
- Weźcie tort do siebie, co? Smacznego wam życzę ode mnie, ale nie mam jak go przewieźć. Na pewno jest pyszny. Mogę zabrać muffinki.  - niby miała ich dość, ale też.. przyzwyczaiła się do nich po tym czasie? Pewnie tak. W końcu spędzała z nimi każdy cholerny dzień przez miesiąc.  
Odstawiła torbę na ziemię, na nią muffinki i podeszła jeszcze do Eda, który przeciez był dla niej absolutnie kochany przez cały czas i poczekała aż odda komuś tort, a potem uścisnęła go tak mocno, jak tylko zdołała. Ciężko jej było sie przemóc, bo zwykle unikała z ludźmi kontaktu fizycznego (w czym akurat Loco był wyjątkiem), ale widziała, że jakby Ed mógł to by skakał w oczekiwaniu.
- Dziękuję za brokaty. A Cath bardzo podobała się laurka na walentynki. - uśmiechnęla się do chłopaka, odsuwając już.




KP Liluye



Funny you're the broken one
but I'm the only one who needed saving
Cause when you never see the lights
it's hard to know which one of us is caving
Zobacz profil autora
Postanowił trochę się zbliżyć do Liluye, aby w razie czego wziąć od niej torbę, aby trochę ją odciążyć. Nie chciał jej odciągać od pożegnań, chciał, żeby miała na to tyle czasu ile potrzebuje, nie musieli się nigdzie spieszyć.
Stał sobie spokojnie lekko się uśmiechając, obserwując i czekając aż Indianka zacznie iść w jego stronę.

Zobacz profil autora
- Napisz czasami do nas! - powiedział Ed, gdy liku sie już odsunęła - Będziemy o tobie pamiętać, a co!
potem chłopak wyciągnął z kieszeni spodni różowy, brokatowy pisak i wręczył Lilu.
- O, tym możesz napisać do mnie!

Zobacz profil autora
- Napiszę. - uśmiechnęła się, rozczulona pisakiem. - Wyślę ci pocztówkę z gór, dobra? - zapewniła Eda zanim się pożegnała z resztą i odeszła do Loco. Spojrzała na niego i pewnie wreczyła mu torbę, sama niosąc muffinki. Gdyby byli sami pewnie by się do niego przytuliła, ale.. Tu było za dużo osób. Wsiadła od strony pasażera i pomachała jeszcze ostatni raz całej gromadzie.




KP Liluye



Funny you're the broken one
but I'm the only one who needed saving
Cause when you never see the lights
it's hard to know which one of us is caving
Zobacz profil autora
Poczekał tylko aż do niego doszła, chwycił jej torbę, a drugą ręką objął ją.
- Cieszę się, że już jesteś. - Powiedział idąc z Liluye do samochodu. Gdy już wsiedli dał jej trochę czasu na pomachanie pacjentom i personelowi szpitala, a potem odjechali.

/ztx2 -> Droga do Old Whiskey - Apache Road

Zobacz profil autora
/z dupy

Przyszła swoje odpracować. Pewnie spotkała starych znajomych. Zaczęła od grabienia trawników naokoło zakładu, bo ktoś juz je wcześniej skosił. Potem udało jej sie załapać na kawę w środku, a następne kilka godzin spędziła dokańczając swoją robotę. Po powrocie do domu pewnie będą boleć ją plecy, a powinna jeszcze coś porobić z Moirą. Po skończonej pracy wrocila do domu.

ow




KP Liluye



Funny you're the broken one
but I'm the only one who needed saving
Cause when you never see the lights
it's hard to know which one of us is caving
Zobacz profil autora
18.09.2013

Jeremy zdecydowanie odzwyczaił się od pracy w placówkach publicznych. Do tej pory raczej borykał się z problemami niezaspokajanych przez swoich mężów zamożnych kobiet albo nerwowych pracowników korporacji, którzy nie radzili sobie ze stresem w pracy, tymczasem w szpitalu w Appaloosa musiał zmagać się dosłownie z wszystkimi możliwymi zaburzeniami psychicznymi, jakie istnieją. Do tego zamiast eleganckiego gabinetu ze skórzanymi fotelami i biblioteczką z ciemnego drewna miał do dyspozycji obskurny pokój odmalowany na bladą zieleń. Nie ma to jak szpitalne kolory.
Nie pracował tam jednak jako psychiatra, raczej prowadził konsultacje dla tych, którzy dopiero mieli zostać przyjęci do szpitala. Dyrekcja zadecydowała, że - skoro jest to okres próbny - Jeremy nie będzie miał jeszcze swoich pacjentów, tylko ewentualnie będzie wzywany do nagłych przypadków, na zastępstwo albo po to, by udzielić drugiej opinii.
Była to niewdzięczna, trudna praca. Dzisiaj doktor Falcon miał nieprzyjemność przyjąć do szpitala kolejną dziewczynę po próbie samobójczej. Sprawa była, niestety, oczywista. Zaburzenia snu, odżywiania, napady lęku, do tego dochodziły też wydarzenia w życiu osobistym pacjentki - znęcanie się nad nią w szkole, ośmieszanie przez kolegów. No i jej matka. Jeremy, gdy tylko zobaczył otyłą kobietę z zaciśniętymi ustami wiedział, jaki musiała mieć stosunek do sytuacji córki. "Smarkula jest niewdzięczna", "Robi problemy", "Dramatyzuje", "Tylko próbuje na siebie zwrócić uwagę, panie doktorze, no proszę zobaczyć na tą sierotę, z niczym sobie nie radzi i próbuje w nas wywołać poczucie winy!". Jeremy setki razy widział takich ludzi i wiedział, jak ich negatywny stosunek ma zgubny wpływ na osoby z problemami psychicznymi. 
Próbował całą uwagę skupić na dziewczynie, całkowicie otumanionej, skołowanej, już pod wpływem silnych antydepresantów, ale wisząca nad nią matrona nie dawała o sobie zapomnieć. W końcu Jeremy wstał i kazał jej wyjść. Nic go nie obchodziło, że dziewczyna jest niepełnoletnia i matka "ma prawo przy tym być", wolał wywalić babsztyla za drzwi i później powiedzieć jej, co o niej myśli.
Pod koniec dnia był zmęczony i zniechęcony do życia. Złożył swój fartuch w szafce i skończył zmianę. Następnym razem miał się pojawić w pracy w poniedziałek. Przed nim był kolejny trudny tydzień. Wolał o tym nie myśleć.

//zt



Zobacz profil autora
18.02.2014

Jeremy wrócił do swojego gabinetu po przerwie na kawę, podczas której strzelił obowiązkowy żarcik swojemu ordynatorowi ("Hohohoho", zarechotał basem świńskooki dr Lawrence, "Falcon, ty to umiesz pieprznąć dowcipasek! Łapiecie? DowCIPAsek! OHOHOHOHOHO") i poflirtował ze starszą od niego o 10 lat dr Hitch, jak zwykle udającą niedostępną. Na biurku czekała go dosłownie góra dokumentacji medycznej. Jeremy jęknął do siebie i z kwaśną miną usiadł na miejscu, niechętnie oceniając, ile zajmie mu dzisiaj papierkowa robota.
Tymczasem miał jeszcze przed sobą kilka rozmów z pacjentami. Ratowała go świadomość, że wśród nich było spotkanie z Mimi Jackson. Zawsze cieszył się na te widzenia - bez wątpienia ta urocza starsza pani była jego ulubioną kuracjuszką. Na pierwszy rzut oka wydawała się być okazem zdrowia. Pomimo skończonych siedemdziesięciu pięciu lat, Mimi wydawała się tryskać witalnością. Na każde spotkanie z doktorem Falconem starannie fryzowała swoje siwe loki i otulała się puchatym różowym szlafrokiem, tym przeznaczonym tylko na specjalne okazje, jak często mawiała. Tajemnicą poliszynela było, że pożyczała od pielęgniarki Peterson perfumy "Georgina", którymi opsikiwała się na wizytę u jej ulubionego lekarza. Jeremy nie mógł powstrzymać uśmiechu, gdy w drzwiach pojawiała się Mimi, z jej cerą w kolorze dobrze wypieczonego piernika, pełnymi ustami rozciągniętymi w najszerszym uśmiechu, jaką widział, poruszającą swoimi pełnymi biodrami z gracją, którą mogły się pochwalić tylko wiekowe Afroamerykanki.
Także przypadłość pani Jackson była bliska Jeremy'emu. Mimi była bowiem kleptomanką, a nikt tak jak Jeremy nie mógł lepiej zrozumieć pragnienia przywłaszczania sobie cudzych rzeczy. Sęk jednak w tym, że u Mimi łączyło się to także z chorobliwym zbieractwem - jej dom w dzielnicy czarnych w Appaloosa pełen był skradzionych rupieci, gazet, ubrań, mało gustownych kompletów naczyń, figurek przedstawiających tłuste zwierzątka... Mimi nigdy nie kradła rzeczy wartościowych, ale nie potrafiła się powstrzymać przed wyniesieniem czegoś z każdego miejsca, do którego się udawała. Jej rodzina już dawno dała sobie spokój z odwiedzinami, bo w jej domu nie dało się postawić nigdzie stopy. Tylko zamknięcie mogło pomóc.
Rozmowy Jeremy'ego z panią Jackson zazwyczaj oscylowały dookoła wszystkich tych tematów, które starszym paniom wydają się najważniejsze. Kiwając głową i uśmiechając się ciepło, doktor Falcon wysłuchiwał rodzinnych historii Mimi, która na własnej piersi odchowała piątkę dzieci i dziesięcioro wnucząt, z których tylko kilkoro odwiedzało ją regularnie w szpitalu. Od czasu do czasu popłakiwała sobie, wspominając swoich dwóch mężów - Derricka, którego zabiła wojna w Wietnamie, i Benjamina, którego śmierć na zawał niespodziewanie zabrała dziesięć lat temu. To ta druga tragedia sprawiła, że jej przypadłość znacznie się pogorszyła i Mimi zaczęła znosić do swojego domu nieprzebrane ilości śmieci - dlatego też Jeremy starał się spokojnie doprowadzić podwójną wdowę do stanu, w której udałoby się jej pogodzić ze stratą.
Może i doktor Falcon był snobistycznym białasem z kijem w tyłku i preferował grube czeki od sprawowania pieczy nad tymi, którym się mniej poszczęściło w życiu, ale musiał przyznać, że leczenie Mimi sprawiało mu prawdziwą przyjemność. Może dlatego, że przypominała mu ona Mamę Jones, grubą właścicielkę salonu fryzjerskiego obok jego domu, która w dzieciństwie urządzała wszystkim okolicznym dzieciom najlepsze zabawy. Jeremy był dla pani Jackson trochę jak troskliwy syn albo wnuk, a ona dla niego trochę jak niania z dzieciństwa. Oboje lubili te rozmowy i doktor Falcon bardzo dbał o to, by przypadkiem nikt mu tej pacjentki nie odebrał.
Po wyjściu Mimi Jeremy odsapnął i rozejrzał się po swoim biurku. Musiał skontrolować, czy czasem nic z niego nie zniknęło.

//zt



Zobacz profil autora

Sponsored content


Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry  Wiadomość [Strona 7 z 7]

Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach